Na kilka dni przed każdymi wyborami w mediach, szkołach, uczelniach i kościołach słychac ciągłe głosy: "trzeba iść na wybory", "to Twój obowiązek", "wązne żeby zagłosować, nie ważne jak". To tylko kilka przykładów tzw. perswazji, w kręgach socjologów mogących nosić nazwę psychologi tłumu. Osobiście zastanawiałem się co takiego przyciąga obywatelów do komisji wyborczych: czy wspomniane juz podążanie za wolą ogółu, negacja, konformizm,  czy bardziej górnolotnie: postawa obywatelska i poczucia przynależnosci? Dlaczego nie chcemy głosować?

 

Na początek trzeba sobie zadać pytanie czy w ogóle warto namawiac ludzi do wrzucenia głosu w lokalu wyborczym? Jedno jest pewne materialnej nagrody w postaci goździka jak miało to miejsce w poprzednm ustroju nie otrzymamy. Chyba dlatego politycy i publicyśc odwołują się do naszych uczuć narodowych i patryiotyzmu. Choć ta ostatnia cecha nie ma za wiele wspólnego z podbijaniem frekwencji. Głównym grzechem wydaję sie być zatracenie na przstrzeni kilkudziesięciu lat poczucia współtworzenia państwa i realnego wpływu na jego kształt. Pierwszy lepszy przykład z mjego akademickiego podwórka. Ostatnia debata , czytaj dyskusja jaka miała miejsce na wydziale (nomen omen socjologiczno - historycznym) mało tego,że nie była organizowana przez władz uczelni i samorząd, to miała miejsce prawie dwa lata temu, a rola ww. instytucji sprowadziła się do zakupu ciastek wody i wypożyczenia sali(tu mały plus aula). Niby nic wielkiego, ale jak zachęcić młodych ludzi do oddania głosu skoro nierzadko nie wiedzą kim jest kandydat i jakie ma poglądy, że polityka potrafi być pasjonujaca, inspirujaca, a nie tylko stać się domeną polityków i samorządowców. To potwierdza tylko fakt, że w rzeczywistosci uniwersytet zatracił gdzieś swoją misję tworzenia społeczeństwa obywatelskiego i liderów Narodu. Taka instytucja jak uniwersytet jest przecież wizytówką państwa i jego zadaniem nie jest tylko kształcenie, ale kształtowanie. W związku z tym - nie twierdzę, ze jest tak wszędzie - tworzy się szare masy nie dość, że z perspektywą stania po pieczątke w Urzędzie Pracy, to jeszcze bez szansy rozwoju. Jesli na najniższym szczeblu począwzy od szkoły podstaowej nie podejmie się działań w kierunku kształtowania postaw obywatelskich poprzez: prawybory nawet w gimnazjach i dyskusje, to przez kilka następnych lat nie ma co liczyć na poprawę sytuacji.

Podobny schemat działa w przypadku ludzi już dorosłych i ukształtowanych. Cechą charakterystyczną społeczeństwa przed 1989r. była mityczna solidarnosć (nie mam tu na myśli NSZZ). Co prawda zrodziła sie ona w obliczu istnienia jasno sprecyzowanego wroga i tym samym miała charakter ogólnonarodowy, ale pozostawiła po sobie wzór tworzenia społeczeństwa obywatelskiego. Stało się tak przez pokazanie, że każdy ma wpływ na kształt kraju. Nowy ustrój przyniósł ze soba szereg mozliwości rozwoju w tym kierunku, które niewątpliwie zostały zaprzepaszczone. Dzisiaj dla wielu ludzi - szczególnie starszych - słowo demokracja stało sie synonimem biedy, wyzysku i poniżenia, ideały jakie niosło ze sobą to hasło rozmyło się w rzeczywistosci  nieżbędnych reform ekonomicznych, i zbędnego partyjniactwa. Trudno przekonać wieć ludzi, którzy nie biora udziału w głosowaniach argumentem realnego wpływy na kształt państwa. Z drugiej jednak strony jednymk z zasadniczych filarów naszego obecnego ustroju jest poszanowanie woli jednostki. Zaakceptowanie woli obywatela w kwestii głosuję, nie głosuję powinno odbywac się na drodze zrozumienia i dyskusji, a nie polaryzacji na lepszych i gorszych. Nie warto uzależniac pójścia na wybory dla samego oddania głosu. Używanie takiego argument prowadzi tylko do ośmieszenia bezpośredniej formy kreowania władzy jakim sa pięcioprzymiotnikowe wybory i preferowania negatywnych postaw.  Nie chciałbym w tym miejscu obrażać zwolenników A. Leppera, ale procent głosów oddanych na tak populistycznego kandydata będzie o tym świadczył najlepiej.

Brak wzorców, marazm, czy poczucie alienacji społecznej staneły u podstaw niskiej frekwencji w dotychczasowych wyborach. Ostatnio najwyższy wynik jaki uzyskali Polacy miał miejsce w czasie wyborów prezydenckich w 1995 i wyniósł niewiele ponad 68%. Wynik niedoscigniony przez kolejne 15 lat? Wszytko wskazuje na to, że przekroczenie progu 50% bedzie już sukcesem wszystkich kandydatów na prezydenta. Jedyna co może zjednoczyć i zmotywowac do pójścia na wybory to niedawna katastrofa w Smoleńsku. Jednak i ten argument politycy potrafili wykorzystać w swojej kampanii i poprez co został sprowadzony do miana argumentu w stylu dziadka z Wermahtu. Warto też zaznaczyć, że zaden z dotychczasowych kandydatów nie poruszył w swoich spotach reklamowych i publicznych wypowiedziach problemu niskiej frekwencji.

Nie namawiam więc nikogo do wzięcia udziału w głosowaniu. Nie będę przekonywał, że warto wrzucić głos do urnu z takich, czy innych względów. Najlepszym wzorem niech będzie postawa głównego bohatera filmu "Dzień Świra" - Adasia, który tak oto w dość niecenzuralny sposób zaczynał dzień: "higiena, jedzenie, praca, jedzenie, praca, palenie, proszki, sen, Ja p... k...."

 P.S.

Komentarsze milo widziane